sobota, 4 maja 2013

ROZDZIAŁ 5


IT’S GONE TOO FAR

*******************
Otwierałem drzwi do samochodu, chcąc wsiąść, usiąść obok Harry’ego i jechać już do domu po kolejnym, jakże wyczerpującym koncercie. Usłyszałem jednak głośne „Tomilnson!” wypowiedziane ostrym tonem, z ust chyba najbardziej znienawidzonego przeze mnie człowieka na świecie.
-Słucham –westchnąłem, obracając się do tyłu ze zniecierpliwioną miną.
-Zapraszam na moment do mojego biura –powiedział, wykonując zapraszający ruch ręką. Spojrzałem się na chłopaków przewracając oczami. Zaśmiali się pod nosem. Machnąłem im ręką na pożegnanie i udałem się za nim.
-O co znowu chodzi? –zapytałem, gdy tylko zatrzasnął drzwi od gabinetu.
-Jak zawsze, o to samo –odparł groźnie, wskazując mi miejsce do siedzenia. Nie, dziękuję.
-Przecież stosujemy się do wszystkich twoich zaleceń. Wychodzę z Eleanor bardzo często, nie siadamy obok siebie na wywiadach, nie pokazujemy się razem na mieście…- zacząłem wyliczać na palcach.
-Ale wciąż nie umiecie się powstrzymać na koncertach  -przerwał mi. –A szczególnie ty– dodał.
-Nie przesadzaj –odparłem szybko.
-Ja przesadzam? Spójrz na to! – i podsunął mi laptopa z włączonym Tumblrem. Moim oczom ukazało się mnóstwo gifów i zdjęć, ukazujących nasze rozmowy, spojrzenia, czasem jakieś gesty. Matko, że też ludziom chce się to robić. Uśmiechnąłem się, widząc zdjęcie które udokumentowało nasz sekretny pocałunek.
-Mieliście wyeliminować takie zachowania! –krzyknął zdenerwowany.
-Może nie umiemy?! –odpowiedziałem również podniesionym głosem. –Ty tego nie wiesz, bo nie znasz nic innego od pieniędzy. Ale myślisz że to takie łatwe, ukrywać że się kogoś kocha?
-Szczerze mówiąc gówno mnie to obchodzi.
-Pieprzony palant –mruknąłem pod nosem.
-Coś mówiłeś? –zapytał, stając przede mną. Pokręciłem przecząco głową.
-To dobrze. Trzymaj języczek za zębami, bo twoja piękna buźka może zostać trochę oszpecona -powiedział, łapiąc mnie za podbródek. Wykorzystał przewagę swojego wzrostu i patrzył na mnie z góry.
-Albo nie, wiesz? Może nie twoja, tylko twojego chłopaka. Tak. Tak będzie lepiej.
Te słowa spowodowały ogromną falę złości, która napłynęła do mojej głowy w niewiarygodnie szybkim tempie.
Złapałem go za ręce i odepchnąłem od siebie mówiąc :
-Nawet się nie waż.
-Nie byłby już taki pociągający, z kilkoma szramami na twarzy, nie?  –zapytał uśmiechając się podle.
Te słowa, spotęgowały moją nienawiść do niego do maksymalnych rozmiarów. Natychmiast podbiegłem do niego i popchnąłem na biurko, łapiąc za kołnierz koszuli. To zaszło za daleko.
-Nie znasz mnie tak dobrze jak myślisz –warknąłem groźnie. Wtedy pierwszy raz, dojrzałem w jego oczach cień strachu. –Tylko spróbuj dotknąć Harry’ego –wysyczałem jeszcze. Wciąż patrzył na mnie, jakby obawiając się, co jeszcze mogę mu zrobić.
W tym momencie jednak stało się coś nieprawdopodobnego.
Usłyszałem huk otwieranych z impetem drzwi i poczułem, jak ktoś łapie mnie od tyłu, odciągając od Richardsona. Niemal sekundę później, ktoś inny uderzył mnie mocno w brzuch. Zwinąłem się z bólu i próbując złapać oddech opadłem na podłogę.
Na tym się jednak nie skończyło. Poczułem jeszcze kilka kopnięć w żebra i kręgosłup i gdy pomyślałem sobie że przy kolejnym uderzeniu zemdleję…
Nagle wszystko ucichło. Ucichły kroki uderzenia. Leżałem na podłodze, czując tylko ogromny, pulsujący ból w klatce piersiowej i słysząc jeden, miarowy oddech. Oddech Richardsona.
-I po co zaczynasz, laleczko –usłyszałem po chwili triumfalny głos.
Chciałem coś odpowiedzieć, ale nie mogłem. Kaszlnąłem tylko kilka razy, a otwierając oczy, dojrzałem na dłoniach kilka kropel krwi.
-Jeszcze raz zobaczę w Internecie coś takiego, a twój chłopczyna będzie wyglądał sto razy gorzej od ciebie –powiedział, podchodząc do mnie i kucając tuż obok. –I nawet nie myśl o tym, że komuś doniesiesz o tym, co zdarzyło się tutaj. I tak nikt ci nie uwierzy –dodał i uśmiechnął się podle, wymierzając jeszcze siarczysty cios w policzek.

***************
Dziwna sprawa. Któryś z pracowników Richardsona przybiegł do samochodu mówiąc że Lou ma dzisiaj wyjść z Eleanor i że mamy jechać bez niego.
Szczególnie dziwna, bo El nie było w ogóle na naszym koncercie. Dlaczego im aż tak zależało, aby dzisiaj pokazali się kolejny raz?
Siedziałem na kanapie oglądając telewizję już od dwóch godzin, a to pytanie wciąż krążyło po mojej głowie.
W pewnym momencie usłyszałem jednak wyraźny dźwięk stającego pod domem samochodu. Trzaśnięcie drzwiami i przekręcanie klucza. Nareszcie.
- Louis, jesteś w końcu! –krzyknąłem wybiegając mu na powitanie. On jednak obdarował mnie tylko lekkim uśmiechem.
-Cześć kochanie – i pocałował mnie w policzek. Jego wzrok był jednak jakiś nieobecny. Cały ruszał się zresztą jakoś bardzo sztywno, niemrawie, bez zapału. Jak nie on. Nawet oddychał ciężko i nierówno.
Szybko zdjął buty, powiesił kurtkę i powiedział :
-Jestem strasznie zmęczony, idę spać.
-Już? A może zrobić ci coś do jedzenia? –zapytałem czule, łapiąc go za rękę. Chciałem żeby ze mną pogadał, bo czułem że coś było nie tak.
-Nie, dzięki –odparł jednak cicho, znowu uśmiechając się lekko. –Dobranoc –dodał, musnął mnie w policzek  i poszedł na górę.
Byłem bardzo zaniepokojony tym zachowaniem. Coś musiało wydarzyć się dzisiaj, na spotkaniu z Richardsonem lub wyjściu z Eleanor. Ostatni tydzień był naprawdę wspaniały, dzisiejszy koncert również. Już dawno nie czuliśmy się tak dobrze. A tu nagle przyjeżdża, smutny, przybity, zmęczony. Niewątpliwie coś musiało się stać.
Wyłączyłem telewizor, pogasiłem wszystkie światła i poszedłem na górę.
Wszedłem cicho do sypialni. Lou już spał, dlatego byłem bardzo ostrożny, aby go nie obudzić. Złapałem szybko jakieś bokserki i poszedłem wziąć prysznic.
Coś jeszcze mi nie pasowało teraz, gdy zobaczyłem go śpiącego. Wyglądał jakoś inaczej, ale dlaczego?
Ano tak! Już wiem. Louis położył się spać w koszulce! Nigdy tak nie robił, nie lubił sypiać w ubraniach. „Musiał być naprawdę zmęczony” – pomyślałem.
Wytarłem się szybko, wciągnąłem majtki służące mi jako piżama i najdelikatniej jak tylko umiałem ułożyłem się obok niego.
Popatrzyłem jeszcze chwilę na jego twarz. Przyjęła bardzo dziwne rysy. Wyraźnie zmartwione i smutne.
Musnąłem lekko jego włosy i również poszedłem spać. Postanowiłem że porozmawiam z nim o tym rano.

**

Gdy się obudziłem, Louis jeszcze spał. Lekko rozchylone usta i grzywka, prawie całkowicie zasłaniająca jego oczy dodawała mu mnóstwo uroku.
Uśmiechnąłem się lekko i chciałem wtulić się w jego tors. To był taki nasz rytuał. Zawsze robił tak ten, który budził się pierwszy.
Jednak tym razem, gdy tylko dotknąłem głową jego piersi, usłyszałem głośne syknięcie.
Szybko ją uniosłem, nie wiedząc co się dzieje. Ujrzałem twarz Louiego, wykrzywioną z bólu.
-Coś się stało ? –zapytałem zdezorientowany, patrząc na niego uważnie.
-Nic -odparł szybko i odwrócił ode mnie głowę.
Nie dałem jednak tak szybko za wygraną. Złapałem koszulkę, którą miał na sobie i jednym, sprawnym ruchem podniosłem ją do góry. Louis próbował jakoś zareagować, ale nie zdążył. Byłem zdecydowanie szybszy.
Gdy ujrzałem jego tors, poczułem ukłucie w brzuchu i nagłą suchość w gardle.  
Jego ciało było pokryte licznymi siniakami,  jeszcze czerwonymi, niemal zlewającymi się w całość. Kręciłem z niedowierzaniem głową. O co tu do cholery chodzi?
Spojrzałem na Louisa. Wciąż leżał odwrócony, a spod jego zaciśniętych oczu, ciurkiem zaczęły płynąć łzy.
-Lou, kochanie kto ci to zrobił? –zapytałem delikatnie ocierając je kciukiem i ujmując jego twarz w dłonie.
Załkał jednak cicho, nie dając żadnej odpowiedzi.
-Richardson, tak? -zapytałem ze złością.
Lou kiwnął twierdząco głową, po czym wychrypiał :
-Dokładniej jego ludzie.
-Pieprzony dupek! –wykrzyczałem.
-Harry nie denerwuj się, to i tak nic nie da. Nie możemy nic z tym zrobić –powiedział cicho, ocierając kolejną łzę.
-Jak to nie możemy nic zrobić?! –mówiłem wciąż podniesionym głosem. Zerwałem się z łóżka i zacząłem krążyć po pokoju. –Pójdziemy z tym na policję, do gazet, gdziekolwiek! Przecież widząc to – wskazałem na jego brzuch- każdy nam uwierzy!
-On mi powiedział, - zaczął Lou ponownie przymykając oczy - żebym nawet nie próbował tego gdziekolwiek zgłaszać, bo on ma za dużo znajomości. Harry, naprawdę jesteśmy w sytuacji bez wyjścia– jęknął bezradnie.
Chciałem ponownie wykrzyczeć, że to nie ważne, że mamy niezaprzeczalne dowody, ale uświadomiłem sobie że on ma racje.
Richardson jest na tyle znaną i szanowaną osobą, że nie pozwolą nam go o nic oskarżyć. Gdyby nawet zobaczyli te siniaki, nikt nie uwierzyłby że zrobił to on, bądź ktokolwiek na jego zlecenie.
Rzeczywiście byliśmy bezradni.
Podszedłem do łóżka i najdelikatniej jak mogłem przytuliłem go do siebie. Widząc jego zapłakaną twarz, moje oczy również zaczęły się szklić.
-Mimo wszystko, nie pozwolę by ktokolwiek jeszcze raz cię skrzywdził – powiedziałem cicho, głaskając go po głowie.
-A ja, choćbym miał nie spojrzeć na ciebie publicznie już do końca życia, nie pozwolę by ktoś zrobił cokolwiek tobie – odparł czule, wtulając swoją twarz w moją szyję.
-Połóż się i odpocznij – poleciłem mu, odsuwając się. Uśmiechnął się lekko i z wielkim trudem zsunął się na poduszkę.
Musiałem jednak jeszcze coś sprawdzić.
-Przekręć się jeszcze na chwilę na bok, proszę – powiedziałem, patrząc podejrzliwie.
-Hazza po co… - mruknął, ale posłusznie położył się, pokazując mi plecy. Tak jak myślałem. Wyglądały niemal identycznie jak tors.
Znowu poczułem ukłucie w żołądku.
On musiał strasznie cierpieć. Cierpieć za nasze uczucie.
Przekręcił się z powrotem, znów z ogromnym bólem na twarzy.
-Mogę poleżeć obok ciebie? – zapytałem.
-Oczywiście – odparł, ze szczerym uśmiechem.
Położyłem się więc, ale nie kładąc głowy na poduszce. Ułożyłem się tak, żeby mieć ją na wysokości jego brzucha. Uniosłem delikatnie koszulkę i zacząłem składać delikatne pocałunki na jego ranach. Chciałem choć trochę ulżyć jego cierpieniom.
Na chwilę podniosłem jeszcze wzrok, aby upewnić się że nie robię mu tym krzywdy. Uśmiechnął się jednak, dając mi do zrozumienia że wszystko jest okej i wyszeptał cicho :
-Dziękuję – po czym włożył mi rękę we włosy i zaczął je masować.
Nie wiem ile czasu całowałem jego brzuch ale wiedząc, że przynosi mu to ukojenie, mógłbym robić to przez cały dzień i dłużej.
W pewnej chwili poczułem jednak, że ręka Louisa opadła bezsilnie na mojej głowie. Usłyszałem też spokojne, miarowe oddechy. Musiał usnąć, więc delikatnie złapałem jego dłoń i ułożyłem obok. Wstałem najciszej jak umiałem, okryłem go mocniej kołdrą i na palcach wyszedłem z pokoju.
Schodząc po schodach, wyciągnąłem z kieszeni telefon i wybrałem numer Nialla.
-Hej Hazza – usłyszałem wesoły głos Irlandczyka.
-Hej. Mógłbyś przyjechać? – zapytałem od razu, bez żadnych ogródek.
-No pewnie, siedzę w domu, a coś się stało?
-No niestety tak – odparłem.
-Okej, będę za piętnaście minut – odpowiedział szybko, wyraźnie zaniepokojony.
-Dzięki – mruknąłem cicho i rozłączyłem się.
Nie minęło nawet dziesięć minut, a usłyszałem pukanie do drzwi. Nie wiem czy się domyślił, że Louis jeszcze śpi czy coś, ale byłem mu bardzo wdzięczny za to, że nie zadzwonił domofonem.
-Cześć – powiedział i uścisnął mnie na powitanie.
-Hej, dzięki że przyszedłeś – odparłem i zamknąłem za nim drzwi. – Wchodź do kuchni.
Udał się do niej bez wahania, po drodze zdejmując jeszcze kurtkę. Gdy tylko usiadł przy stole powiedział stanowczym tonem :
-Mów co się dzieje.
-Okej –westchnąłem siadając naprzeciwko niego. –Louis wrócił wczoraj pobity- powiedziałem, głośno wypuszczając z ust powietrze. Strasznie ciężko było mi o tym mówić.
Nialla zamurowało. Siedział wpatrzony we mnie, jakby z nadzieją że zaraz powiem, że to tylko żart.
-Co? – zapytał po chwili, potrząsając z niedowierzania głową.
-Nie każ mi mówić tego jeszcze raz – odparłem, opierając głowę na dłoniach.
-Richardson? – zapytał ze złością.
Kiwnąłem tylko twierdząco.
-Pieprzony dupek – warknął pod nosem. – Chodziło o was?
-Mhmh – mruknąłem w odpowiedzi.
Niall wstał i zaczął chodzić po kuchni, niemal jak ja godzinę temu po sypialni.
-Dzwoniliście już na policje? – zapytał po chwili.
-Nie i nie zadzwonimy – odparłem, podnosząc głowę. – On ma za duże znajomości, tylko siebie skompromitujemy - dodałem, uprzedzając jego pytanie.
-Ale to jest poważna sprawa! – zaprotestował, ponownie siadając na krześle.
-I tak nikt nam nie uwierzy, że to on – powiedziałem bezradnie.
-Ale… - chciał coś powiedzieć, lecz tylko westchnął bezradnie. Chyba też przekonał się, że nie mamy szans. – Przecież musi być coś jakieś wyjście. Nie możemy pozwolić, żeby robił z wami co chce!
-A masz jakiś pomysł? – zapytałem, patrząc na niego uważnie. Nie opowiedział. – No sam widzisz.
-Harry ale pamiętaj, że my będziemy zawsze po waszej stronie – powiedział, kładąc mi rękę na ramieniu.
-Wiem Niall, wiem – odpowiedziałem lekkim uśmiechem.
-Pójdziemy dzisiaj po koncercie do niego i z nim porozmawiamy – zapewnił.
-Tylko uważajcie, żebyście nie skończyli tak jak Loui. On jest naprawdę niebezpieczny – powiedziałem troskliwie.
-Z trójką nie da sobie tak szybko rady – odparł i uśmiechnął się lekko, ukazując słodko pokrzywione zęby. Dodawały mu uroku.
-Chcesz coś do picia? – zapytałem podnosząc się  krzesła.
-Kawy.
-Już się robi – odparłem, i poszedłem wstawić wodę.
Wsypując kawę do filiżanek, powiedziałem jeszcze :
-Boję się tylko, co będzie dzisiaj na koncercie, Lou naprawdę wygląda źle.
-Na twarzy? – zapytał.
-Nie nie – zaprzeczyłem. Pomyślałem teraz, że było to tak specjalnie zaplanowane, żeby na pierwszy rzut oka nie było nic widać. – Po prostu źle się czuje. Ma strasznie obity tors i plecy.
-Aha – mruknął tylko, ale widziałem że naprawdę się tym przejął.
-No i ciężko mu pewnie będzie śpiewać, już nie mówiąc o poruszaniu się – wytłumaczyłem dokładnie.
-Może tamten coś wymyśli, na pewno będzie chciał sprawiać wrażenie, jakby nic się nie stało – powiedział blondyn.
Przytaknąłem mu szybko. Oby coś wymyślił.
Nagle usłyszałem czyjeś kroki na górze na korytarzu. Zdziwiony spojrzałem na schody i zobaczyłem… Louisa.
-Loui co ty robisz! – zganiłem go, szybko biegnąc w jego kierunku. Zrobił jednak wymowny ruch ręką, każąc mi się zatrzymać. Niall stanął obok mnie.
-Przecież muszę jakoś funkcjonować – odparł powoli i zaczął schodzić. Schodek po schodku, z ogromnym grymasem na twarzy.
-Louis przecież nie musisz – westchnął blondyn, ale on uciszył go kładąc palec na swoich ustach. Po kilku sekundach był już na dole.
-No widzicie, nie jest tak źle – i uśmiechnął się lekko. Był strasznie blady, a przez to jeszcze lepiej widziałem, jaki ból sprawiało mu każde wypowiedziane słowo.
Usiadł na krześle i znów syknął. Niepotrzebnie chciał się oprzeć.
-Naprawdę nie wyglądasz zbyt dobrze – powiedział Niall, patrząc na niego troskliwie.
-Nie musisz tego mówić – odparł z lekkim uśmiechem.
-Chcesz coś do picia? – zapytałem zdenerwowany. Byłem naprawdę zły, że ruszył się z łóżka.
-Chyba tylko wodę uda mi się przełknąć – powiedział cicho.
Podstawiłem przed nim kubek i usiadłem obok Nialla.
-A co będzie dzisiaj na koncercie? – spojrzałem na Louisa pytająco.
-Jakoś dam radę – wymruczał pod nosem, spuszczając wzrok w ziemie.
-Ta mhmh – mruknął blondyn. – Przecież ty nie możesz mówić, chodzić, a gdzie tu mówić o śpiewaniu i skakaniu po scenie?! – dodał podniesionym głosem.
-No przecież nie odwołamy koncertu przeze mnie! – Louis również próbował krzyknąć, ale niezbyt mu wyszło. Jego klatka piersiowa nie była do tego gotowa.
-Może tamten palant już coś wymyślił – wtrąciłem się nieśmiało.
-Ciężko to powiedzieć, ale w nim cała nadzieja – westchnął Niall, już nieco uspokojony. – A w ogóle to może powinien to obejrzeć lekarz? Skoro jesteś aż taki obolały – dodał, patrząc na Louiego podejrzliwie.
Zakląłem pod nosem. Czemu  nie pomyślałem o tym wcześniej? Przecież to jasne, że takie rany potrzebują jakiegoś fachowego spojrzenia.
-Bez przesady, to raptem kilka siniaków – powiedział Lou cicho.
-Kilka siniaków?! – krzyknąłem z niedowierzaniem. – Ty chyba jeszcze siebie nie widziałeś ! Twoje ciało wygląda jakbyś spadł z drugiego piętra!
-Przestań panikować – i wziął łyk wody. – Aaah – syknął głośno. Nawet picie sprawiało mu ból.
-Dobra, ja jadę do siebie. Liam i Zayn będą u mnie za jakieś pół godziny a wtedy zadzwonimy do Richardsona i pogadamy, co i jak, okej? – zapytał blondyn wstając z krzesła.
Pokiwaliśmy twierdząco głową.
-Trzymaj się Lou! – powiedział jeszcze i wyszedł.

Dwie godziny później
Louis z ogromną trudnością wysiadł z samochodu i skierowaliśmy się do wnętrza hali.
-Lou! – usłyszeliśmy głos Liama. Przybiegł zaraz, a tuż za nim Zayn. – Jak się czujesz? – zapytał.
-Tak jak wyglądam – odparł cicho. Podpierał się na moim ramieniu, bo samemu było mu ciężko iść. Podróż po tych nierównych drogach już wystarczająco go namęczyła. Po każdej, nawet najmniejszej dziurce w asfalcie syczał z bólu. Był naprawdę mocno poturbowany.
-Tamten chce cię widzieć w swoim pokoju – powiedział Niall, wychodząc zza drzwi jednego z pokoi.
Louis szybko spojrzał natychmiastowo na mnie i zacisnął palce na moim ramieniu. Widziałem w jego oczach strach.
-Nie pozwolę ci iść samemu – szepnąłem, całując jego włosy. Odetchnął z wyraźną ulgą.
-My też idziemy z wami – zadeklarował Liam. Podziękowaliśmy ruchem głowy i weszliśmy do znajdującego się kilka metrów obok nas pokoju.
-No nareszcie ! – krzyknął Richardson przewracając oczami. – Zawołaj tutaj Jake’a – powiedział do jednego ze swoich ochroniarzy.
-Louis nie jest w stanie dzisiaj występować– warknął Liam, wysuwając się przed wszystkich nas. –Na twoje życzenie będziemy musieli odwołać koncert.
-Przestań pieprzyć głupoty– odparł Richardson i machnął ręką. – Przecież nic mu się nie stało, od spadku ze schodów nie można umrzeć – dodał, a na jego twarzy pojawił się chytry uśmiech.
Czując, że Lou nie opiera się już o mnie, tylko o stojące obok krzesło, mocno zdenerwowany wyrwałem się do przodu.
-Jak możesz tak kłamać cholerna świnio! – warknąłem zbliżając się do niego na bardzo bliską odległość.
Spojrzał mi w oczy i szepnął :
-Nie wyrywaj się tak, bo skończysz jeszcze gorzej.
Byłem naprawdę bliski uderzenia go w twarz, ale poczułem na swoim ramieniu odciągającą mnie rękę. Poddałem się bez żadnego oporu.
-Gdzie jest ten fajtłapa? – usłyszałem za sobą jakiś nieznajomy, wesoły głos. Odwróciłem się natychmiast i spojrzałem groźnie.
Do pokoju wszedł niewysoki, wyłysiały już mężczyzna. Wymienił się spojrzeniami z Richardsonem i powiedział do Louisa :
-Chodź za mną, jestem lekarzem. Obejrzę twoje rany, bo taki upadek mógł być naprawdę bolesny.
Szybko przecisnąłem się stając obok Louiego i łapiąc go za rękę. Już nigdzie nie pozwolę mu iść samemu.
-Idę z wami – mruknąłem cicho. Chłopaki stanęli za mną i również dali do zrozumienia, że chcą przy tym być.
-Nie ma problemu – odparł i opuścił pokój jako pierwszy.
Lou ponownie oparł się na mnie i powoli podążyliśmy za nim. Zaprowadził nas do dosyć dużego pomieszczenia. Musiał to być punkt sanitarny, obowiązkowo czynny przy jakiejkolwiek masowej imprezie.
-Połóż się tutaj – polecił, wskazując na leżankę.
Podszedłem do niej z Louisem i delikatnie pomogłem mu usiąść. Z położeniem się było gorzej. Ułożyłem dłonie pod jego głową i karkiem, a on powoli, obawiając się okropnego bólu który był niestety nieuchronny, zbliżał się plecami do łóźka. Gdy już do niego dotarł, przeklął głośno.
Odsunąłem się, robiąc lekarzowi miejsce.
-Uuu – syknął lekarz, odsłaniając jego brzuch. Liam pokręcił głową a Zayn aż odwrócił się, nie mogąc na to patrzeć. Niallowi zaszkliły się oczy.
-Przestań! – krzyknął Louis, gdy tylko doktor dotknął jego brzucha. Natychmiast podbiegłem do leżanki i złapałem Louiego za rękę.
-Nie dotykaj go, chyba spojrzenie ci wystarczy – wysyczałem.
Lekarz zganił mnie wzrokiem i warknął :
-Nie mów mi co mam robić – po czym wykonał kolejny ucisk, tym razem na klatce piersiowej.
Louis krzyknął głośno i zacisnął oczy, mocniej ściskając moją dłoń.
-Przestań, nie rozumiesz?! – krzyknął Liam podbiegając, i odciągając lekarza od łóżka. – Jesteś kolejnym pracownikiem Richardsona, tak? – wykrzyczał, łapiąc go za kołnierz koszuli i patrząc na niego groźnie.
-Ja tylko wykonuję swoją pracę – wysyczał. – Zresztą i tak już skończyłem – dodał, po czym wyrwał się z objęć Liama i wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami.
-Dziękuję– wychrypiałem, patrząc na niego z wdzięcznością.
-Nie ma sprawy – odparł i usiadł na łóżku, tuż obok Louisa. – Już nie pozwolimy, aby ten pieprzony Richardson cokolwiek ci zrobił – wyszeptał, łapiąc go za drugą rękę. – Ani tobie, ani nikomu innemu.
Louis uśmiechnął się lekko, wciąż jeszcze starając się wyrównać oddech.
-Czyżbym słyszał tu swoje nazwisko ? – usłyszeliśmy głos ‘menadżera’.
Wszyscy w jednej chwili odwróciliśmy się i spojrzeliśmy na niego wrogo.
-Spokojnie panowie, spokojnie – powiedział, zbliżając się do nas. – Lekarz powiedział, że nie ma jakichkolwiek przeciwwskazań, aby Tomilnson dzisiaj wystąpił.
-Co ? – krzyknął Zayn. – Żarty sobie robisz? Przecież on prawie nie może się ruszać!
Richardson spojrzał na nas z charakterystycznym, podłym uśmieszkiem i odparł :
- To nie jest moja decyzja. Da mu jakieś leki przeciwbólowe i po sprawie!
-Tylko że jemu jest ciężko cokolwiek przełknąć – wysyczał ze złością Niall.
-No trudno, jakoś się wysili – odparł.  – Mógł uważać na tych schodach.
-Przestań bezczelnie kłamać! – wykrzyczał Liam.
Richardson jednak nie ustosunkował się do tego. Odwrócił się na pięcie i wyszedł trzaskając drzwiami.

Godzinę później
Louis z trudem zażył te kilka tabletek, ale teraz widać było że pomagają. Ożył na twarzy a podstawowe ruchy nie sprawiały mu problemu. Bałem się, że dali mu ich za dużo, bo był nieco oszołomiony ale zapewnił mnie, że wszystko jest okej. Mieliśmy wyjść za minutę.
-Tylko pamiętaj, żadnego spojrzenia – powiedział, stając obok.
-Żadnego – powtórzyłem i delikatnie musnąłem jego wargi.
-Trzydzieści sekund! – usłyszeliśmy za swoimi plecami. Lou odszedł natychmiastowo, udając się w wyznaczone sobie miejsce.

Półtorej godziny później
Zostało nam do zaśpiewania jeszcze raptem pięć piosenek, gdy uświadomiłem sobie że z Louisem dzieje się coś niedobrego.
Już na ostatniej przerwie był przy nim ten lekarz, znowu podał jakieś tabletki. Nie mogłem nawet wtedy z nim porozmawiać, bo coś popsuło się w mojej marynarce i musiałem czekać, aż nasz garderobiany to naprawi. Byłem bardzo zdenerwowany, ale nie mogłem nic poradzić.
Słyszałem, że jego solówki były śpiewane coraz słabszym głosem. Kątem oka dostrzegałem, że rusza się z coraz większym trudem, a jego ciężkie oddechy były słyszalne nawet w tym ogarniającym nas gwarze.
Podczas śpiewania „What makes you beautiful” zobaczyłem, że oparł się ręką na Niallu. Wyraźnie opadał z sił.
Zeszliśmy na kolejną przerwę, już przed ostatnią piosenką. Od razu zacząłem szukać wzrokiem Louiego, ale nigdzie nie mogłem go znaleźć.
-Gdzie się podział Louis? – zapytałem Nialla, ściągając z siebie buty i spodnie, łapiąc te, które miałem  założyć teraz.
-Znowu wziął go ten lekarz, poszli do toalety bo chyba chciało mu się wymiotować – odrzekł, również zmieniając strój.
-Cholera jasna – przekląłem i pobiegłem tam, gdzie mi wskazał.
-Louis ! – krzyknąłem wbiegając do łazienki i widząc jego przeraźliwie bladą twarz. Opierał się na umywalce, podczas gdy ten doktor i Richardson pomagali mu włożyć spodnie.
-Ja to zrobię – warknąłem.
-Okej – odparł lekarz i wyszedł.
-Tylko weź jeszcze te tabletki ! – powiedział chłodno Richardson i mierząc mnie wzrokiem, również opuścił to ciasne pomieszczenie.
-Harry ja już nie mam siły  - jęknął cicho Louis, próbując zapiąć pasek. Musiał jednak z powrotem podtrzymać się czegoś, aby nie upaść.
-Boże, czym oni cie nafaszerowali – wyszeptałem, robiąc to za niego. Wyglądał teraz dużo gorzej niż rano. Jakby się czegoś naćpał czy coś.
-Nie wiem, ale strasznie mi niedobrze – powiedział słabym głosem.
-Widzę – odparłem, łapiąc go pod ramię. Powoli wyszliśmy z toalety.
-Matko, Louis, jak ty wyglądasz! – wykrzyczał Liam, podbiegając do nas. Pomógł mi posadzić go na schodach.
-Ja nie dam rady – wybełkotał Lou, a jego głowa bezsilnie opadła na moje ramię. W moich oczach zakręciły się łzy. Nigdy nie widziałem go w takim stanie. Pogłaskałem go po głowie, kompletnie nie wiedząc co robić. Za dwie minuty powinniśmy wyjść na scenę.
-Co tu się dzieje ?! – usłyszałem za plecami krzyk Richardsona. – Jake! – krzyknął do lekarza. - Masz mi przywrócić go do życia na dziesięć minut! Natychmiast!
Przybiegł szybko, gadając do siebie pod nosem. Spojrzał w nieobecne oczy Louisa i zaczął czegoś szukać po torbie.
Wyciagnął strzykawkę i wlał do niej jakiś rozcieńczony lek. Chciałem jakoś zaprotestować, ale wiedziałem że nie ma innego wyjścia. Biernie przyglądałem się, jak rozpina mu koszulę i jednym, stanowczym ruchem wbija w jego ciało igłę.
Ciało Louisa wykrzywiło się z bólu, ale nie krzyknął. Chyba nie miał po prostu siły.
Wyrzucając strzykawkę do kosza, lekarz powiedział do Richardsona :
-Za minutę będzie wyglądał w miarę normalnie, ale pomóżcie mu w śpiewaniu bo nie wiem czy będzie pamiętał tekst – i szybko zniknął z mojego pola widzenia.
Spojrzałem z niepokojem na Louisa. Na jego twarz wróciły jakieś kolory. Podniósł głowę i rozejrzał się po pomieszczeniu. Był totalnie oszołomiony.
-Zabierzcie mnie do domu– wychrypiał cicho.
-Już niedługo Lou, już niedługo – wyszeptałem i pocałowałem jego włosy. Złapałem go pod ręce pomagając wstać. Chociaż potrafił utrzymać się na nogach.
Za nakazem dyrektora wyszliśmy na scenę aby wykonać ostatnią dzisiaj piosenkę - „ I want”.
Louis zaśpiewał swoje partie, nawet bez większego problemu, jednak z każdą upływającą sekundą widać było jak słabnie. Zastrzyk musiał być bardzo krótkotrwały. Chyba jeszcze nigdy nie pragnąłem tak bardo końca koncertu, jak dzisiaj.
-Dziękujemy wam serdecznie, mamy najlepszych fanów na świecie!– Krzyknął Niall. Ukłoniliśmy się i nareszcie mogliśmy się schować.
Jeszcze za nim zeszliśmy ze sceny, spojrzałem na Louisa. Miałem już w dupie to, czy ktoś to zauważy czy nie.
Był już bardzo słaby. Liam i Zayn złapali go pod ręce, pomagając zejść ze schodów. Gdy tylko znaleźli się na podłożu, zobaczyłem że kolana Lou zginają się a on sam bezsilnie opada, tracąc przytomność.
-Louis! – krzyknąłem podbiegając do nich i łapiąc go za rękę.
-Gdzie jest do tem cholerny lekarz?! – wrzasnął Niall. Położyliśmy Louisa bokiem na podłodze.
-Louis, kochanie obudź się! – mówiłem do niego, delikatnie gładząc kciukiem policzek. Otworzył oczy i spojrzał gdzieś w dal, kompletnie nad tym nie panując.
-Spójrz na mnie! –powiedziałem ujmując jego twarz w dłonie. Jego wzrok zaczął błądzić, ale nie znalazł mnie. Ponownie zamknął powieki.
-Odsuńcie się! – krzyknął zmierzający w naszym kierunku lekarz. Odepchnął mnie i uklęknął przy Louisie, polewając jego twarz kilkoma kropelkami wody.
- Panie Tomlinson, słyszy mnie pan? – zapytał głośno. Dojrzałem, że Lou delikatnie mrugnął powiekami, na znak że słyszy.
-No, nic mu nie będzie – powiedział doktor, wstając. – Niech poleży tak jeszcze z godzinę, zróbcie mu zimny okład. Potem spokojnie zawieźcie go do domu – polecił i jak gdyby nigdy nic poszedł porozmawiać z Richardsonem. Nie mogłem uwierzyć. Louis leży prawie nieprzytomny, a lekarz stwierdza że nic mu nie będzie!
-Nic mu nie będzie ! – prychnął Liam jakby czytając w moich myślach i szybkim krokiem poszedł, zapewne po coś z czego dałoby się zrobić ten okład.
-Louis, już po wszystkim. Będzie dobrze – wyszeptałem mu do ucha, ponownie łapiąc go za rękę. Poczułem, że – bardzo lekko co prawda – ale uścisnął moją dłoń.
-Harry – wychrypiał cicho.
-Nic nie mów – odparłem, składając lekki pocałunek na jego policzku.
-Przyniosłem coś, żebyś nie musiał cały czas podtrzymywać jego głowy– usłyszałem głos Nialla. Powiedziałem cicho „dziękuję”, po czym wziąłem od niego zawinięty kocyk i delikatnie wsunąłem go, tuż nad ramieniem Louisa.
Otworzył oczy, ale tylko na chwilę. Jakby chciał się upewnić, że nie ma tu nikogo, kto mógłby zrobić mu krzywdę. Uśmiechnąłem się do niego lekko, gładząc policzek. Albo mi się przewidziało, albo przez jego twarz również przebrnął delikatny uśmiech.
Po kilku minutach przyszedł również Liam z zimnym okładem. Położyliśmy go na czole Louiego, po czym usiedliśmy wszyscy przy nim czekając, aż wydobrzeje na tyle, że będziemy mogli wrócić do domu.
Ciągle wkoło nas krzątali się jacyś sprzątacze, ludzie odpowiedzialni za przygotowanie koncertu. Czasami ktoś zapytał nas, co się stało ale jakoś nie widziałem szczerego przejęcia się w ich oczach. Kogo to obchodziło? Zarobili co mieli zarobić i tyle. Koncert się udał. Co z tego, że jedna z gwiazd zemdlała …
Tak samo myślał pewnie Richardson. Przez cały dzisiejszy dzień, nie zauważyłem ani cienia smutku lub wyrzutów sumienia na jego twarzy.
-Może ja odwiozę chłopaków, a później przyjadę po ciebie i Louisa co?– zapytał nas po pewnym czasie Paul. On jedyny siedział cały czas, wyraźnie zmartwiony stanem zdrowia mojego przyjaciela. – Wtedy moglibyśmy go spokojnie położyć na tylnich siedzeniach – dodał.
-To może jednak najpierw odwieź Harry’ego i Lou – odparł szybko Liam. Niall i Zayn pokiwali twierdząco głowami.
-Tak Harry, jedźmy już do domu – powiedział szeptem Louis. Ciągle był słaby, ale teraz chyba bardziej odzywały się już ból brzucha i pleców, niż przedawkowanie leków.
Bo byłem pewien, że naszprycowali go zbyt dużą ilością pigułek, nie zważając na konsekwencje. Byle przetrwał koncert. No i przetrwał. Zemdlał po, ale koncert przetrwał.
-Dobrze, Lou– odparłem cicho, całując go w policzek. – Dasz radę opleść rękoma moją szyję? – zapytałem troskliwie.
-Chyba tak – wychrypiał, unosząc ręce. Niall pomógł mu położyć je na moim karku.
-Będzie troche boleć, ale muszę jakoś zanieść cię do samochodu, okej? – spojrzałem na niego pytająco. Kiwnął tylko głową i zacisnął powieki, szykując się na kolejną przeszywającą falę bólu.
Włożyłem jedną rękę pod kolana, drugą musiałem objąć jego obolałe plecy. Syknął, gdy ich dotknąłem a gdy go uniosłem – i moja dłoń jeszcze bardziej na nie nacisnęła, cicho pisnął. Widziałem, że spod jego oczu wypłynęło kilka łez.
-Przepraszam – szepnąłem i powoli, uważając aby nie narażać go na jakiś dodatkowy ból, zaniosłem go do samochodu.
Zauważając mnie z Lou na rękach, sporo pracowników hali, ciekawych co się dzieje przerwało na chwilę swoją pracę i przyglądało nam się w milczeniu. Także nasze makijażystki, osoby od garderoby, choreograf. Wszyscy niby patrzyli smutnym wzrokiem, ale nikt się nie odezwał. Za bardzo bali się wyglądającego właśnie zza drzwi jednego z pokoi Richardsona.
-Jak cię położyć? – zapytałem Louisa, gdy stanąłem przed drzwiami otwartego samochodu.
-Na boku – powiedział cicho. – Tylko usiądź obok mnie, proszę.
-Dobrze, spokojnie – odparłem. – Możesz sam usiąść, na chwilę?
Pokiwał twierdząco głową. Posadziłem go więc na brzegu siedzenia, po czym natychmiast obiegłem samochód i wsiadłem z drugiej strony. Pomogłem mu jeszcze przesunąć się bardziej na środek i delikatnie ułożyłem na wszystkich siedzeniach, kładąc jego głowę na swoich udach.
-Trzymajcie się – powiedział Liam, zamykając drzwi od samochodu. Uśmiechnąłem się lekko.
-Paul, tylko proszę cię wolno i ostrożnie, okej? – spojrzałem pytająco na naszego ochroniarza.
-Oczywiście – odpowiedział bez wahania i ruszyliśmy.
-No Louis, już niedługo będziemy w domu – wyszeptałem, głaskając go po głowie.
-Wiem – westchnął cicho i złapał rękoma moje kolano.
Pocałowałem go w policzek. Nawet teraz, gdy byliśmy już z dala od Richardsona i jego pracowników, nie czuł się bezpiecznie.
Po kilkunastu minutach, dotarliśmy do domu.
-Pomóc wam jakoś? – zapytał troskliwie Paul.
-Możesz otworzyć drzwi – odparłem, podając mu klucze. Wysiadłem szybko i w podobny sposób w jaki wsadziłem Louisa do samochodu przedtem, teraz go wysadziłem.
-Przepraszam – powiedziałem jeszcze  i–słysząc kolejne syknięcie Louisa– uniosłem go na rękach.
-Uważaj na schodach– ostrzegł mnie Paul, idąc przed nami. Na szczęście udało mi się bezpiecznie je pokonać.
-Otwórz jeszcze proszę drzwi, te na wprost– poleciłem mu, wskazując głową na drzwi od sypialni. Oczywiście zrobił to o co prosiłem, po czym uścisnął moje ramię i wyszedł. Odpowiedziałem lekkim uśmiechem.
-Posadzę cię i zdejmę ci koszulę, okej? –spojrzałem na Louiego.
-Okej– wyszeptał.
Zrobiłem więc jak powiedziałem, powoli odpinając kolejne guziki. Gdy już udało mi się odpiąć je wszystkie, ułożyłem go delikatnie na boku. Włożył ręce pod głowę i powiedział cicho :
-Ten ból teraz powraca, jakby ze zdwojoną siłą Harreh.
Uklęknąłem obok niego i dostrzegłem wypływające spod zaciśniętych powiek łzy. Otarłem je kciukiem i wyszeptałem :
-Musisz być silny Louis. Dałbym ci coś przeciwbólowego ale wziąłeś tego za dużo już dzisiaj.
-Wiem, ale zrób coś, proszę – jęknął, wykrzywiając usta w kolejnym grymasie.
-Pójdę po lód, okej? –zaproponowałem. Zacisnął mocniej powieki. –Zaraz wracam– pocałowałem go w policzek i pobiegłem na dół.
Odetchnąłem z ulgą, gdy ujrzałem w zamrażarce kilka paletek kostek lodu. Wziąłem na razie dwie, zawinąłem je w ściereczkę i jak najszybciej przybiegłem do Louisa.
Oddychał ciężko, zaciskając palce na prześcieradle a poduszka była już mokra od łez.
Wydawało mi się że te tabletki które wziął na czas koncertu rzeczywiście spotęgowały ból, bo rano nie czuł się aż tak źle. Pieprzony Richardson i jego koleżka-lekarz.
Przyłożyłem przygotowane okłady – jeden na plecy Louisa, drugi na jego klatkę piersiową. Widziałem, jak po kilku sekundach jego twarz przybrała nieco lepszego wyrazu. A więc pomagało.
Siedziałem tak przy nim całą noc, przytrzymując okłady i zmieniając je, gdy tylko ujrzałem na jego twarzy nawracający ból.
Cały czas miał zamknięte oczy, ale wiedziałem że nie mógł usnąć. Miałem nawet wrażenie że chciał udawać, abym ja położył się już spać. Ale za dobrze go znałem.
Jego ciało było cały czas spięte, palce wciąż wbite w materac. Nie mógł mnie tak łatwo oszukać.
-Harry nie musisz tak siedzieć, dam sobie radę– wyszeptał około trzeciej nad ranem. Odgarnąłem włosy z jego czoła i odparłem cicho:
-Spokojnie, nie przejmuj się mną. Odpoczywaj.
-Dziękuję za wszystko – mruknął, a jego oczy ponownie się zaszkliły. –Kocham cię– dodał jeszcze.
Nachyliłem się nad nim i pocałowałem w usta.
-Ja ciebie też– odpowiedziałem – Zaraz wrócę, idę zmienić okład.
Uśmiechnął się lekko i pozwolił mi odejść.
Gdy znalazłem się w kuchni, wypiłem szybko zaparzoną wcześniej kawę. Złapałem kolejne kostki lodu, wyciągnąłem z szafy czysty ręcznik i pobiegłem z powrotem na górę.
Otwierając drzwi, nie dostrzegłem jednak żadnego ruchu Louisa, takiego którym zwykle reagował na moje wejście do pokoju. Może usnął?
Nie będąc tego jednak pewien ponownie przyłożyłem okład do jego siniaków. Nie wybaczyłbym sobie położenia się spać, gdyby okazało się że on znowu udawał. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby Louis miał jeszcze dzisiaj cierpieć.

********************************************************************************************************
Wiem, wiem że ten rozdział jest strasznie długi, ale po prostu nie miałam serca ucinać go w którymkolwiek momencie. Mam nadzieję że jakoś dotrwaliście do końca ;)
Dałam całkowicie wyszaleć się mojej wyobraźni. Pomysł na tę sytuację naszedł mnie gdy już miałam zasnąć i później mnóstwo czasu zastanawiałam się, jak to wszystko zobrazować. Pisałam ten rozdział bardzo szybko, niemal jakiś szał mnie ogarnął, aż zaczęłam się siebie bać ;p A później patrzę a tam 10 stron w wordzie...
Chcę jeszcze zaznaczyć, że opisana tutaj sytuacja w przeciwieństwie do wcześniejszych NIE JEST OPARTA NA FAKTACH, żeby nie było, to tylko mój wymysł ;)


No i przepraszam, że kolejny rozdział jest taki smutny, ale w ogóle ich sytuacja ze smutkiem właśnie mi się kojarzy i o tym mi najłatwiej pisać. Aczkolwiek w następnym postaram się aby było trochę więcej zabawy czy śmiechu :)
Dziękuję za wszystkie komentarze, za miłe słowa na twitterze, naprawdę aż chce się pisać :*
Przypominam, na twitterze jestem jako @lifetastegreat , zawsze follow back <3
No i na koniec filmik, nie wiem czy nie mój ulubiony ;)
ENJOY <3

20 komentarzy :

  1. O Boże!! Normalnie miałam łzy w oczach czytając to!! Masz OGROMNY TALENT!! Kocham Cię dziewczyno, na prawde. ♥
    - @_1D_Polska_

    OdpowiedzUsuń
  2. O.O padłam czytając ten rozdział...
    bardzo smutny
    mam nadzieję, że chłopcy dadzą sobie
    radę z tym wszystkim :)
    pozdrawiam i czekam na next :)
    A.

    OdpowiedzUsuń
  3. świetny rozdział! :D a ten filmik...przecudowny..
    czekam na kolejne, @kentuucky :)

    OdpowiedzUsuń
  4. sprawiłaś mi tym rozdziałem prezent na imieniny ;D jest boski! ♥ miałam łzy w oczach, kompletnie przeżywałam to razem z nimi... w pewnym momencie weszła moja babcia i spojrzała na mnie z przestraszoną miną xd yaaay ale mam teraz LarryFeels... kurczę , Kocham Cię! ♥ życzę Ci więcej wieczornych wizji, bo wiem z autopsji, że takie są najlepsze ;* Pozdrawiam ;3
    // @ShipperMonte

    OdpowiedzUsuń
  5. Wzruszyłam się, cudowny rozdział <3 Czekam na kolejny :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Czytam i płaczę <3 to jest takie piękne. Smutne ale piękne
    @girl_lovesdraco

    OdpowiedzUsuń
  7. Zazdroszczę talentu *-* Super się czyta i czekam na next'a ♥
    Xxx

    OdpowiedzUsuń
  8. O boże.... Kocham cię za ten rozdział. Po prostu nie do opisania są w tej chwili moje uczucia. Ja czuję się jakbym czytała jakaś książkę, wszystko tak perfekcyjnie piszesz... Miałam łzy w oczach, gdy opisywałaś cierpienie Louisa. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się potoczy, zresztą, nie będę ci tu nic mieszać jak mam do czynienia z takim talentem. A tak na marginesie, jak kiedyś wydasz książkę, to chce wiedzieć o tym pierwsza ;) Do następnego komentarza <3

    OdpowiedzUsuń
  9. Świetnie piszesz! To jedno z lepszych opowiadań. A co do filmiku, to nie wiedziałam o tym klaskaniu na potwierdzenie, że Larry is true:). Fakty mówią same za siebie... Love you

    OdpowiedzUsuń
  10. Śliczny rozdział <3 Czekam na następny :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  12. Przyszłam ze szkoły i przeczytałam całego bloga w ekspresowym tempie! Jezu, jak Ty bosko piszesz. Aż nie chce się przerywać czytania... I cała ta historia, wszystkie elementy do siebie pasują, zgrywają się. Wszystko jest takie płynne. Biedny LouLou! Tego się naprawdę nie spodziewałam... Myślałam, że manadżer się go przestraszył, ale nie, że tak go potraktuje. Jeszcze ten lekarz! Idiota! Dobrze, że jest Hazza... Nawet nie chcę myśleć o tym, jak bardzo to bolało Louisa...
    Pozdrawiam i życzę weny!
    Larry Stylinson Opowiadanie

    OdpowiedzUsuń
  13. Boże.. piszesz cudowne opowiadanie przy którym co chwilę płaczę :') przeczytałam już wszystkie części i nie mogę doczekać się już następnej ♥ masz niesamowity talent bo nie wszyscy w końcu umieją pisać tak piękne opowiadania :) Miłego pisania ! // #DirectionerX69

    OdpowiedzUsuń
  14. dobra jaram się *-* Płakałam chyba z 10 min. jak czytałam o Louis'ie :'( szkoda mi go :/ opowiadanie zajebiste, ale to wiedziałam już w Prologu, gdy zaczęłam dzisiaj czytać :P Zapraszam do mnie ---> http://lovehatefriendshipfame.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  15. Tym razem skomentuje ostatnia ale.. liczą się chęci ;) Trudno złapać wifi w górach przez 4 dni.
    A więc co do rozdziału to jestem pod wrażeniem. Faktycznie troche denerwowało mnie że jest on taki długi ale jestem przyzwyczajona do krótkich.. Mimo to popłakałam się a brzuch mnie rozbolał, chyba wzięło mi się od Lou ;o Też chciałabym mieć kogo kto by się mną tak zajmował jak Harry Louis'em.. Eh szkoda, może kiedyś mi się życie ułoży.
    Dziękuję za przypominanie i jeszcze raz przepraszam @11Puchacz

    OdpowiedzUsuń
  16. Ty mała zła kobieto, która sprawiasz, że płaczę: Kocham Cię i twoje opowiadanie. Muszę przyznać, że jest to jedno z lepszych jakie czytałam. Przepraszam, że tak późno piszę, ale rozkoszowałam, się każdym słowem napisanym przez Ciebie. Nie brzmi to trochę psychicznie?

    @love_my_gay

    OdpowiedzUsuń
  17. Prooooosze. Dodaj następny rozdział! <3
    Codziennie wchodze, aby sprawdzić, czy już jest ;]

    @Mysia_69

    OdpowiedzUsuń
  18. Popłakałam się, znowu :(
    Jeszcze ten filmik ... kurwa.
    Muszę się schować gdzieś, by nie zauważyli moich łez.
    Ja pierdole, idę się wypłakać i wracam :)xx
    @JuliaWota

    OdpowiedzUsuń
  19. OMG ja pierdole kurwa mać Louis powiedział w tym filmiku I LOVE LARRY STYLINsON do tej pory płacze

    OdpowiedzUsuń
  20. Co za podła świnia!!!!! Grrr dupek ostatni. Zabije go, no zabije!

    OdpowiedzUsuń